W Unii Europejskiej ro rocznie wytwarza się ponad 20 milionów ton ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego. Chodzi o odpady z gospodarstw, ferm, rzeźni, przetwórni spożywczych, ale też restauracji, sklepów czy lecznic weterynaryjnych. Takich materiałów nie da się ot tak wyrzucić do śmietnika, spalić na podwórku czy zakopać za stodołą. Pozostawione bez kontroli szybko stają się bombą biologiczną – generują uciążliwy odór i mogą skazić wody gruntowe oraz glebę. Dlatego właśnie ten rynek podlega jednej z najbardziej rygorystycznych kontroli w Europie.
– Kilka budynków i parę maszyn nie wystarczą. W utylizacji i przetwórstwie PUPZ zasady gry są zupełnie inne niż w klasycznym przemyśle. Każdy etap działalności podlega tu osobnym, sztywnym normom, a najmniejszy błąd może słono kosztować – zaznacza Marcin Cabaj, prezes spółki Zbiornica Skórzec, która zajmuje się odbiorem i sterylizacją ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego. – W Polsce działa zaledwie kilka wyspecjalizowanych instalacji zdolnych do przetwarzania wymagających materiałów. Nie dlatego, że nikt nie wpadł na pomysł, żeby ich otworzyć więcej. Dlatego, że ta działalność wymaga ogromnych nakładów i gotowości do permanentnego funkcjonowania pod nadzorem kilku instytucji jednocześnie – dodaje ekspert.
Przepisy pilnują surowca od początku do końca
Ramy prawne dla tego sektora wyznaczają dwa unijne rozporządzenia: nr 1069/2009 oraz wykonawcze nr 142/2011. Pierwsze mówi o tym, jak obchodzić się z PUPZ od momentu ich powstania aż po zagospodarowanie. Drugie wchodzi w szczegóły: opisuje transport, dokumentację, warunki magazynowania i metody przetwarzania. Do tego dochodzą polskie przepisy, w tym ustawa o Inspekcji Weterynaryjnej, Prawo ochrony środowiska i Prawo wodne, a także decyzje administracyjne oraz pozwolenia wydawane dla konkretnego zakładu.
– Właściciel takiego zakładu musi godzić wymogi weterynaryjne, sanitarne, technologiczne i te związane z ochroną środowiska. Urzędnicy sprawdzają nie tylko sam proces przetwarzania, ale też kominy, ścieki, pracę filtrów, procedury dezynfekcji czy zgodność z pozwoleniami. Łańcuch odpowiedzialności zaczyna się u wytwórcy odpadu, przechodzi przez transport i kończy na zakładach. Całą tę drogę trzeba potrafić odtworzyć wstecz. Jeśli coś pójdzie nie tak, grożą nie tylko wysokie kary finansowe, ale nawet zamknięcie firmy lub cofnięcie zgody weterynaryjnej na biznes – tłumaczy Łukasz Paszkiewicz, prawnik i menedżer związany z przemysłem.
Od wytwórcy do przetwórni – każdy krok zostawia ślad
Droga PUPZ zaczyna się wszędzie tam, gdzie prowadzi się hodowlę, przetwarza żywność albo świadczy usługi, w wyniku których powstaje materiał pochodzenia zwierzęcego nieprzeznaczony już do spożycia. Pierwsze zadanie stoi przed samym wytwórcą: musi on odpowiednio zabezpieczyć odpady i przechować je do przyjazdu transportu. Potem oddaje je licencjonowanej firmie, która ma weterynaryjny numer identyfikacyjny i widnieje w rejestrach Inspekcji Weterynaryjnej. Wyklucza to sytuacje, w których odpady odbiera przypadkowy przewoźnik mający tylko auto.
Według artykułu 21 rozporządzenia nr 1069/2009 transport musi jechać w szczelnych opakowaniach lub zabezpieczonych autach, które po każdym rozładunku przechodzą dezynfekcję. Do transportu dołącza się dokument handlowy, a nieraz też świadectwo zdrowia. Służby w każdej chwili mogą sprawdzić, skąd jedzie ładunek, co dokładnie jest w środku, kto siedzi za kółkiem i dokąd zmierza.
Na miejscu w zakładzie obróbka zależy od kategorii surowca i typu instalacji. Konkretne parametry narzuca załącznik IV do rozporządzenia nr 142/2011. Przykładowo, przy sterylizacji ciśnieniowej rozdrobnioną masę trzeba podgrzać do minimum 130 stopni Celsjusza, pod ciśnieniem 3 barów i trzymać tak bez przerwy przez co najmniej 20 minut.
– Nie ma tu marginesu błędu ani robienia czegoś „na oko”. Cały proces monitorują komputery, które zapisują parametry sekunda po sekundzie. Jeśli temperatura spadnie choćby na chwilę albo ciśnienie ucieknie przed końcem cyklu, całą partię uznaje się za nieprzetworzoną. Wtedy musimy puścić proces od nowa – zaznacza Marcin Cabaj.
Wizyty urzędników to codzienność, a nie święto
Każdy z obszarów funkcjonowania zakładu podlega odrębnemu nadzorowi. Inspekcja Weterynaryjna weryfikuje dokumentację, warunki magazynowania i transportu, procedury dezynfekcji oraz parametry procesów. Inspekcja Ochrony Środowiska kontroluje emisje, ścieki, hałas i przestrzeganie warunków określonych w pozwoleniach. Pod lupę trafiają nie tylko dokumenty, lecz także pojazdy, magazyny, pojemniki, biofiltry, instalacje oraz wyniki pomiarów. Kontrole odbywają się w zależności od tego, jak duży jest zakład, co przetwarza i jaka jest sytuacja epidemiologiczna w kraju. Często wchodzą bez uprzedzenia. Jeśli wykryją rażące zaniedbania, konsekwencje są natychmiastowe: od kar finansowych po nakaz wstrzymania produkcji.
– Walka o to, by zakład był niezauważalny dla otoczenia, to nasza codzienna rzeczywistość. Tutaj nie pomoże jedno cudowne urządzenie, musimy stosować cały system barier. Pracujemy w całkowicie zamkniętych halach z wentylacją podciśnieniową, instalujemy zaawansowane biofiltry, płuczki chemiczne, filtr świecowy i kurtyny powietrzne przy bramach. Ochrona środowiska i komfort sąsiadów to nie jest u nas miły dodatek – to twardy warunek techniczny, bez którego po prostu nie moglibyśmy otworzyć rano firmy – podkreśla Marcin Cabaj.
Rynek o wysokim progu wejścia
Wysokie wymagania, wielopoziomowy nadzór i regularne kontrole wynikają ze specyfiki materiałów, z którymi pracują zakłady przetwarzające PUPZ. Błędy przy jego utylizacji mogłyby uderzyć w bezpieczeństwo nas wszystkich. Dlatego w tej branży kluczowa jest specjalistyczna wiedza i ciągłe trzymanie się procedur weterynaryjnych, sanitarnych oraz środowiskowych. To właśnie te bariery sprawiają, że rynek utylizacyjny w Polsce jest tak wąski, a liczba firm zdolnych do prowadzenia takiej działalności – mocno ograniczona.

